niedziela, 22 maja 2016

PAŁAC PIESZYCE


KONSTRUKTOR

z zasady i z definicji jest w opozycji do architekta.
Tak było jest i będzie. Żaden architekt własnej fantazji,  jakimiś siłami tnącymi ani momentami zginającymi, przydeptać sobie nie da !
ooo - co to, to nie !

Chyba że ... no właśnie !
Sami powiedzcie - jak tu narzucić coś konstruktorowi, skoro konstruktor to rodzony tato i, zgodnie z wszelkimi prawami boskimi i ludzkimi, to on ma prawo narzucać mnie. A potulna owieczka to ja nie jestem




Pewnego razu trafiła nam się nie nie byle jaka gratka. Wygraliśmy przetarg na zaprojektowanie narożnej plomby. Dość dużej, wielkości dwóch, a raczej trzech, solidnych kamienic. Centrum starego miasta, ścisła strefa ochrony konserwatorskiej  Jak sobie z kolegą architektem wymyśliliśmy na zabytkowej uliczce narożny budynek o fikuśnym kształcie, narożnik wisiał in powiewał nad ulicą o żadnych słupach podpierających nie było mowy

- o nie !!! nie dość, że ściany wiszą, cały narożnik bez podparcia 
  to jeszcze takie coś mi tu posadziliście !
- myyy ? jakie znowu coś ?
- a kto !? jak to jakie !? a ta wieża !

No fakt, narożnik zwieńczała romantyczna wieżyczka, którą to zaplanowaliśmy jako dominantę dla naszej urokliwej, lecz pozbawionej dominanty, ulicy. Kolega dobrze wychowany więc potulnie milczał ale ja wytoczyłam przeciwko rodzicielowi armatę

- profesor mówił, że wszystko się da zrobić, 
  nawet wieżę Eiffla posadzić to góry nogami, tylko nie wszystko 
  oczywiście robić się opłaca
- no właśnie robaczki ! a inwestor wie co tu nawymyślaliście ?
- nie wie, ale inwestora bierzemy na siebie
- no to czekam 

My inwestora przekonaliśmy a mój Tatuś posadził tę wieżę na wiszącym narożniku. Stoi do dzisiaj ! a pod nią spokojnie spacerują ludzie.
Tak mi się przypomniała ta nasza rozmowa. To już 12 lat jak zmarł mój Tatuś. Szmat czasu. Pracując z Nim zawsze czułam się bezpieczna, skoro już zdecydował się coś zrobić to było na mur.

Dzisiaj pokażę jeden z projektów, który szczególnie utkwił mi w pamięci. Skomplikowany dla mnie ale też niesamowicie skomplikowany dla konstruktorów.




Pałac w Pieszycach, zwany Wersalem Dolnego Śląska.
Prace projektowe trwały kilka lat. Konstruktorem był początkowo mój Tatuś, potem dołączył do Niego mój Brat. Niestety - nadzór autorski prowadził już sam Braciszek. Pomoc miał wyłącznie z góry.




Obiekt ogromny i przecudny. Rzut w kształcie litery C, korpus główny z wieżą w centralnej części i dwa symetryczne skrzydła. Skrzydło prawe w całości przeznaczone na salę balową.
To pałac prywatny, więc w rzucie pokażę wyłącznie inwentaryzację.
Niestety pałac zdewastowany był okrutnie. Nawet inwentaryzacji nie dało się na początku w całości zrobić, bo część stropów była pozawalana. Na zdjęciu poniżej widać jak pracowaliśmy. Strop będący podłogą jest już uratowany, teraz można dopiero zinwentaryzować, co nad głową. Ale inwentaryzować należy ostrożnie bo można w głowę oberwać albo zlecieć jakieś pięć metrów w dół.




Pogodzić nowe ze starym, wydobyć pierwotne piękno, pokazać geniusz Twórcy a ukryć własną rękę to bardzo trudne i skomplikowane.
Oczywiście nie cały pałac tak wyglądał, jak na fotografii. Taki był korpus i lewe skrzydło. W skrzydle prawym zachowały się ślady dawnej świetności. Najwięcej tych śladów zachowało się w sali balowej, przecudnej urody sali, założonej na rzucie elipsy. Na rysunku wyżej zaznaczyłam przerywaną czerwoną linią.
Sala była ogromna, licząca 200 metrów kwadratowych powierzchi a wysoka na trzy piętra, pałacowe piętra - jakieś 14 metrów, sklepiona kopułą w formie spłaszczonej, eliptycznej czaszy.

Tylko kilka takich sal można spotkać na świecie.




To przekrój konstrukcyjny przez prawe skrzydło.
Na przekroju projektowana konstrukcja, podtrzymująca eliptyczną kopułę zaznaczona jest na czerwono. Nie mam zdjęcia wnętrza ale popatrzcie na rysunku, jak piękny detal się zachował. Kolumny w tak zwanym wielkim porządku, czyli przez dwie kondygnacje, ozdobny fryz, podtrzymujący kopułę, bogaty ornament we wnękach okiennych. Wszystko to dobrze zachowane, za wyjątkiem drewnianej kopuły. Niestety, narażona na ciągłe zamakanie przez nieszczelny dach zaczęła tracić nośność. Wprawdzie niosła tylko samą siebie ale zbutwiałe elementy zaczęły się rozsypywać. Upadek nawet stosunkowo lekkiego przekrycia, z tej wysokości, to śmierć dla znajdujących się na dole osób. Na przekroju widać jak wysoka jest sala balowa. Jak maleńki wydaje się w niej człowiek. Te dwa czerwone ludziki pokazują skalę. Nie było wyjścia. Trzeba było wymyślić jakiś sprytny sposób odciążenia i podwieszenia kopuły.

Skąd wziął się pomysł takiej właśnie konstrukcji ?
Ogromna mansardowa więźba pałacu była tak zniszczona, że z ledwością niosła samą siebie, nie było mowy o podwieszeniu do niej czaszy kopuły, a czasza lada dzień mogła się zawalić. Trzeba było sposobem. Takich rozwiązań nie ma, nie można ich sobie znaleźć w literaturze. Wszelkie działania w starej substancji wymagają indywidualnego podejścia, ogromnej wiedzy i praktyki a przy okazji sprytu i talentu do kombinowania jak koń pod górę.




Z podziwem patrzyłam na mojego Tatusia a potem Braciszka jak wymyślali podwieszenie delikatnej, drewnianej konstrukcję kopuły do, zaprojektowanych przez siebie, żelbetowych kratownic ... misternie, żeby z dołu, od strony sali, niczego nie było widać.




To jeden z rysunków konstrukcyjnych. Pokazuje zasadę. Główną konstrukcją nośną są zaprojektowane wielkie żelbetowe kratownice oparte na ścianach. Do pasa dolnego kratownic podwieszona jest specjalna konstrukcja drewniana , składająca się z wieszaków i krążyn , krążyny mocowane są do elementów drewnianych od góry mocowanych do konstrukcji kopuły. Tak chwycona wisi i nie powiewa, nie ma też możliwości upadku. Od dołu obyło się bez żadnej ingerencji. Z sali nie widać, że cokolwiek tu majstrowano.




Żeby wykonawca mógł dokładnie przygotować drewniane elementy podwieszenia trzeba było wykonać model. Na pamiątkę sfotografowaliśmy to "dzieło" ze wszystkich stron.




Dzisiaj takie konstrukcje rysuje się w programie komputerowym.
Auto-cad działa w przestrzeni, rysunki 3D tworzy się bez kłopotu. Wówczas jednak programy przestrzenne nie były jeszcze u nas dostępne. Ale od czego zmysł kombinacji ?  Wykombinowaliśmy poglądowy model, na którym od razu widać co do czego. Oczywiście każdy element tego modelu jest osobno rozrysowany i bardzo dokładnie zawymiarowany. Tony dokumentacji.




Na zdjęciu niżej widać już żelbetowe kratownice gotowe i ułożone na ścianach. Pas górny kratownicy niesie podłogę poddasza. W węźle kratownicy widać spoczywającą na niej starą belkę stropową. To ta ciemna. Te zielonkawe beleczki to legary na których ułożona jest podłoga z desek. Do pasa dolnego podwieszona jest misterna konstrukcja drewniana. Byłam dumna jak pawica kiedy podczas kolejnego roboczego spotkania na budowie nasza Pani Konserwator stwierdziła, że to rozwiązanie powinno znaleźć się w literaturze fachowej.  W końcu takich sal jest tylko kilka a tak ratowanych tylko jedna.




Zanim jednak udało się kopułę podwiesić trzeba ją było od dołu podeprzeć. W sali wyrósł las - sosny wysokości 14 m ustawione obok siebie w odstępach około półtora metra i powiązane w przestrzenne rusztowanie. Można sobie łatwo wyobrazić tę wysokość sosen - to cztery a nawet pięć normalnych pięter. Mocno zadzierałam głowę do góry. Popatrzcie tam, gdzie zaznaczyłam czerwoną kropkę - to prześwitują okna. Od poziomu posadzki do okien jest siedem metrów  a sosny "rosną" jeszcze raz tyle, wysoko, wysoko !



        
Gdy weszłam pierwszy raz do tego lasu to odniosłam niesamowite wrażenie, pierwsza myśl jak z Makbeta - las Birnam przyszedł ... Niesamowicie chodziło się po tym lesie. Zadzierałam do góry głowę, wysoko majaczyły czubki sosen. Szczęściem wykonawca był doświadczony i poradził sobie z tak trudnym wezwaniem.

Sporo problemów nastręczało ratowanie sklepień. Przepiękne beczkowe sklepienia znajdują się w gotyckich piwnicach ale nie tylko tam. Sklepione są również komnaty i korytarze paradnej części parteru.




Tak wygląda odsłonięte sklepienie jednej z komnat. Po usunięciu zasypki można było przeprowadzić prace wzmacniające a następnie z powrotem zasypać. Niestety niektóre pola sklepienne były zawalone.




Fragmenty zawalonych sklepień można już było tylko odtworzyć zachowując formę zgodną z pozostałą częścią. Kształt sklepienia uzyskuje się za pomocą drewnianych krążyn na które układa się deskowanie. Oczywiście szablon na krążyny zdejmowany jest z autentycznego sklepienia.


I na koniec jeszcze trochę architektury od kuchni..
Na odremontowanej a właściwie to w większości odtworzonej więźbie pojawiły się lukarny. Przed remontem był tam wole oka ale potrzeba przystosowania do funkcji wymogła zaprojektowanie lukarn. Trzeba się było z tym problemem zmierzyć. Na szczęście na niezbyt wyraźnych, najstarszych zdjęciach widać było, że wcześniej jakieś lukarny tam były.




Do zaprojektowania formy lukarny posłużyły mi lukarny z pałacu w Pszczynie. W końcu, w bardzo odległej historii, oba te pałace należały do tego samego właściciela.



.
Tak prezentują się lukarny w projekcie. Te mniejsze rozmieszczone są na całym owodzie pałacu. Ta większa, pojedyncza, znajduje się na głównej osi elewacji tylnej. Oczywiście oprócz zestawienia projekt zawiera rysunki robocze jak lukarnę wykonać.




A tak wygląda montowanie lukarny na pałacowym dachu. Najpierw wykonany był model, na który nanosiło się korekty, potem po sprawdzeniu jak wygląda pojedyncza lukarna i czy wszystkie elementy idealnie do siebie pasują  wykonano elementy pozostałych 23 lukarn. Potem już tylko montaż na drewnianych szkieletach, malowanie i gotowe.

I jeszcze ostatnia ciekawostka.
Zakończenie tego etapu, zwieńczenie prac projektantów i wykonawców



Wiecha




1 komentarz:

  1. Nieodmiennie z żalem zazdroszczę tym, którzy mogą poszczycić się ojcem. Ja nie mogę. Chyba pierwszy raz publicznie to wyznaję, ale ten człowiek nie zasłużył na miano ojca. Cudownym jest móc być dumnym z rodziciela, taką dumę odczuwam wobec nieżyjącej już mamy. Ojciec...no cóż...Moja siostra zbulwersowana była, kiedy powiedziałam, ze jest mi obojętny. To gorsze od niechęci. No ale to opowieść na inny czas :)
    Malino, masz ścisły umysł. Chylę czoła :) ja należę raczej do tych bujających w obłokach i słowach humanistów :)

    OdpowiedzUsuń